Zawsze wiedziałam, że poranek jest czasem niezwykłym, czasem dzień się wita z życiem w uroczy sposób. Budząć się wczesnie zawsze otwieram się na nieprzewidziane. Wczoraj jednak to nieprzewidziane okazało się baaardzo, nawet jeszcze bardziej nieprzewidziane. Będąc wczesnym rankiem w ogródku i pijąc poranną kawkę z widokiem zobaczyłam krążący na niebie kształt, który najbardziej skojarzył mi się z jeziorami, spokojem, przestrzennością  – wielkiego ptaka, który gracją dorównywał jedynie bocianom.

Ale jak to? Bocian w centrum Warszawy? Od razu mój umysł zaczął się wykłócać ze wzrokiem… Ale rzeczywistość okazała się jeszcze bardziej zdumiewająca – to był czarny bocian! Pokazał mi się dokładnie, jakby w odpowiedzi na to niedowierzanie, z jakim sie w niego wpatrywałam. Dopiero po pewnym czasie przypomniała mi się dawno usłyszana opowieść o czarnym bocianie, który gniazduje w Marysińskim rezerwacie a żeruje na Polach elekcyjnych. Przy jego gnieździe bywałam, odnalazłabym je bez trudu i często je wspominam, ale dopiero teraz potwierdziło się, że przy uśmiechu losu można zobaczyć w centrum Warszawy czarnego bociana. To był właśnie taki uśmiech poranka, prezent od lata w Warszawie.

Nic się nie da porównać do tej chwili. Jakby czas się zatrzymał.

Błekit nieba,  szybujacy lot wielkiego ptaka, zapach rosy, ziół i kawy, ciepły kubek w rękach. Oddech.

Cisza wokół. Cisza umysłu, cisza serca.

Pełna obecność.